wtorek, 13 sierpnia 2013

Rozdział 17




   *Harry*

Leniwie otworzyłem oczy, był poranek, przynajmniej tak wywnioskowałem po promieniach słońca próbujących wedrzeć się do pokoju. Rozciągając się spostrzegłem Louisa, który mi się przyglądał.

- Długo się tak na mnie gapisz?
- Jakieś 10 minut.
- Wiesz co to oznacza? – spytałem znacząco ruszając brwiami.
- Że wstałem pierwszy… - uśmiechnął się Lou – to znaczy, że mogę?
- Oj, jeśli bardzo chcesz…
- Chcę…

~~~~

Po tym Lou lekko uniósł kołdrę i wsunął się pod nią. Zdjął moje bokserki i ułożył się miedzy moimi nogami. Nagle poczułem przyjemne ciepło wokół mojego penisa. Widziałem tylko kołdrę unoszącą się w górę i w dół, więc postanowiłem zobaczyć więcej. Moim oczom ukazał się niesamowicie podniecający widok. Louis obciągający mi z niezła prędkością i zaaganżowaniem dawał mi nieziemską przyjemność. Wsunąłem palce w jego włosy, lekko je ściskając, żeby pokazać mu jak jest mi dobrze, bo nie mogłem jęczeć ze względu na rodzinę Tommo, która zapewne znajdowała się na dole. Lou spojrzał mi prosto w oczy przyśpieszając bardziej swoje ruchy. Odrzuciłem głowę w tył i pozwoliłem mu działać. To co czułem było cudowne, może dlatego, że już dawno tego nie robiliśmy i mój penis domagał się dotyku Louisa. Po kolejnych minutach wiłem się z rozkoszy, która mnie wypełniała. W końcu nie wytrzymałem. Doszedłem w jego ustach, a on połknąłem wszystko i ułożył się koło mnie.

~~~~

- Brakowało mi tego – odezwał się Lou – Mogę wiedzieć czemu wcześniej mi na to nie pozwalałeś?
- Dowiesz się w swoim czasie.
- Czyli kiedy?
- Dzisiaj.
- Oby szybko.

Dalszą część wypowiedzi Louisa przerwało pukanie do drzwi.

- Chłopcy, zejdziecie na dół ubrać choinkę?
- Oczywiście – krzyknęliśmy oby dwoje rzucając się do drzwi.

W samej bieliźnie zlecieliśmy na dół mijając Jay. Siostry Lou już stały z ozdobami w rękach, więc my także złapaliśmy za nie i zaczęliśmy dekorować drzewko.

Po skończonej pracy ruszyliśmy się ubrać. Ja zszedłem do kuchni pomóc Jay w gotowaniu, a Tommo gdzieś wyszedł. Przyznaję, że jestem całkiem niezłym kucharzem. Po kilku godzinach pracy mieliśmy gotowe prawie wszystkie wigilijne potrawy. Czekaliśmy tylko na Lou, który po chwili wślizgnął się do domu i poleciał na górę, a ja poszedłem za nim.

- Co tam masz? – zaskoczyłem go gdy wychodził z pokoju Jay, gdzie znajdowały się wszystkie prezenty.
- Zobaczysz.
- To coś dla mnie?
- Tak kotku dla ciebie.
- Aww, to słodkie. To musi być coś wyjątkowego, bo długo cię nie było.
- To jest coś wyjątkowego.
- Chłopcy idźcie się przebrać i na kolację! – krzyknęła z kuchni mama Lou.

Tak jak poprosiła nas Jay poszliśmy do naszego pokoju i ubraliśmy się w koszule oraz czarne rurki. Ja miałem na dobie białą a Tommo granatową. Kupiliśmy je razem, więc były identyczne. Zeszliśmy do kuchni i stanęliśmy przy stole.

- Trzeba przyznać, że wyglądacie nieziemsko.
- Dzięki mamo – odpowiedział Louis.
- Pasujecie do siebie – dodała Phoebe.
- Co? – spytałem zdziwiony.
- No macie takie same koszule – wyjaśniła Lottie, tak jakby nas broniąc.
- A no tak – dodałem trochę zakłopotany, po czym usiedliśmy do kolacji.

Jedzenie było przepyszne. Z resztą połowa była zrobiona przeze mnie, więc czemu tu się dziwić. Po wspaniałej rodzinnej kolacji wszyscy poszliśmy do salonu, Jay, Lottie i Fizzy siedziały na kanapie, a my z bliźniaczkami znaleźliśmy sobie miejsce na podłodze. Wszystkie dziewczynki były przeszczęśliwe z prezentów i wyściskały nas chyba jak najmocniej umiały, a mama Lou prawie się popłakał gdy zobaczył swój podarunek. W końcu nadszedł czas abyśmy obdarowali się nawzajem z Louisem.

- Proszę – wręczyłem mu bardzo cienką kopertę, a on od razu ją otworzył i spojrzał na mnie z uśmiechem – Mówiłeś, że zawsze chciałeś sobie zrobić tatuaż, więc pomyślałem, że moglibyśmy zrobić sobie je razem.
- Jesteś cudowny, dziękuję.
- Nie ma za co, ja po prostu chcę spełniać twoje marzenia.
- No właśnie, a skoro o marzeniach mowa, to proszę – powiedział Lou wręczając mi małą ciemnoróżową obróżkę.
- To jest… - nie dokończyłem, ponieważ do pokoju wrócił Louis z małym biało-szarym kotkiem na rękach – Kotek!!!

Rzuciłem się na zwierzątko biorąc je od razu na ręce. Podniosłem je tak, że znajdowało się tuż przed moją twarzą i właśnie wtedy kotek mnie polizał, a ja wydobyłem z siebie jedynie „aww” i zacząłem go głaskać. Założyłem mu obróżkę i wtedy spostrzegłem, że na metalowym kółeczku jest coś napisane.

- Darcy?
- Mówiłeś, że tak…
- Pamiętałeś.
- Oczywiście.
- Dziękuję – powiedziałem odkładając kotka i wtulając się w Lou.

Po posprzątaniu wszystkich papierów i talerzy ze stołu wyszedłem z domu tak aby nikt mnie nie zauważył.


   *Louis*

- Mamo!?
- Tak synku?
- Gdzie jest Harry?
- Nie wiem…
- Aha – powiedziałem zasmucony.
- Ale zostawił ci kartkę z wiadomością.

Wziąłem kawałek papieru w rękę i przeczytałem treść.


„ Jeśli masz ochotę otrzymać swój prezent urodzinowy przyjdź, sam wiesz gdzie.

                                                                                              Twój Harry xx. „

- Mamo…
- Idź, widzę, że ci zależy.
- Dziękuję – powiedziałem wybiegając z domu.

Jak najszybciej ruszyłem do miasta. Nie wiem jakim cudem w środku zimy było na tyle ciepło, że mogłem iść w samej koszuli bez kurtki, ale okey, jak dla mnie to była idealna temperatura na dzisiejszy wieczór. Gdy już znalazłem się w środku miasteczka szukałem mojej wąskiej uliczki, wszedłem w nią i już po chwili znajdowałem się w miejscu, które niedawno pokazałem loczkowi. Moim oczom ukazał się czerwony koc otoczony serce ze świeczek, które dawały dodatkowe ciepło. Podszedłem bliżej i położyłem się obok Hazzy.

- Ładnie dziś widać niebo.
- No…ładnie.
- Lou?
- Tak kocie?
- Kocham cię.

Po tych słowach Hazz obrócił się do mnie i pocałował prosto w usta. Ja oczywiście odwzajemniłem pieszczotę i pogłębiłem ją. Leżeliśmy tak w świetle gwiazd i księżyca napawając się swoją obecnością. Pomiędzy naszymi gorącymi pocałunkami Harry zaczął rozpinać moją koszulę i dobierać się do mojego paska, ale mu przeszkodziłem i sam zacząłem rozbierać jego. Gdy byliśmy już w samych bokserkach, rozebrałem go także z nich w mgnieniu oka.

~~~~

Nie zwlekając pochyliłem się nad jego penisem liżąc jego główkę. Pomyślałem, że nie będę go dziś męczył i od razu zacząłem szybkie ruchy na co Hazz wykrzykiwał moje imię i mieszankę przekleństw. Czułem, że zaraz dojdzie i nie myliłem się, wystrzelił we mnie lepki płyn, a ja z satysfakcją go połknąłem. Gdy położyłem się obok niego usłyszałem to co przyprawiło mnie o dreszcze.

- Chcę tego.
- Ale…
- Louis!
- Jesteś pewien? Będzie bolało i to bardzo.
- Tak, chcę to z tobą zrobić.

Powiedział całując mnie i ściągając moje bokserki. Sięgnął do torby i wyjął z niej dwie rzeczy.

- Lubrykant, pamiętam.
- Czyli jednak przydała ci się tak informacja – zaśmiał się Harry.
- Wiedziałem, że mi się przyda.

Dodałem i powróciliśmy do namiętnych pocałunków. Powiedziałem Harremu żeby obrócił się na brzuch i lekko się do mnie wypiął. Wykonał mnie polecenie choć czułem, że jest niepewny tego wszystkiego. Pogłaskałem go delikatnie po linii kręgosłupa i włożyłem w niego jeden palce nasmarowany lubrykantem – Zimneee! – krzyknął Hazz a ja się zaśmiałem – Curly skup się na tym co robię, a nie… - nie zdążyłem dokończyć bo przerwała mi odpowiedź  loczka „dobrze”, więc kontynuowałem czynność. Po tym jak przez 2 czy 3 minuty moje palce ostro się w nim poruszały  usłyszałem przez jęki prośbę o wejście w niego. Bałem się, że zrobię mu krzywdę, ale oboje tego chcieliśmy więc co ja mogłem zrobić, poza tym zawsze musi być ten pierwszy raz. Z tą myślą przysunąłem się bliżej loczka. Trzymałem swojego penisa tuż przy jego rozpalonym wejść i już chciałem go włożyć kiedy zauważyłem, że Harry strasznie się spiął – Kocie, rozluźnij się, będzie dobrze, zawsze możemy przestać – próbowałem go jakoś uspokoić gładząc go po plecach i chyba mi się udało. Już nie mogłem się doczekać tego momentu bycia w nim. Nie mogłem już dłużej czekać, wszedłem w niego całą swoją długością i usłyszałem charakterystyczny dźwięk zaciskających się rąk na materiale. Wiedziałem, że zabolało go to co zrobiłem, ale chciałem żeby miał to za sobą – Harry skarbie, zaraz przestanie boleć – starałem się go przyzwyczaić lekko się w nim poruszając – Dobrze Lou, ufam ci – usłyszałem w zamian. Ruszałem się powoli, aż do momentu, którym poczułem, że Hazz bardziej się rozluźnił. W końcu zaczął odczuwać przyjemność, jęczał i prosił o więcej. Zmieniliśmy pozycję tak, że ja leżałem na jego brzuchu a on na plecach. Nasze ciał chodziły jednym rytmem, z naszych ust wydobywały się ciche jęki, aż w końcu usłyszałem – Cały Lou, wchodź cały – pomiędzy westchnieniami loczka. Tak jak sobie życzył wchodziłem w niego całą swoją długością jednocześnie stymulując jego penisa. Byłem już tak blisko orgazmu i tak bardzo chciałem przeciągnąć ten moment. W końcu z jękami i naszymi imionami na ustach doszliśmy do najlepszego orgazmu w naszym życiu.

~~~~


- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin LouLou – usłyszałem i mimowolnie się uśmiechnąłem.




Inf. od autorki: Bardzo, bardzo, bardzo was przepraszam, że tak długo nie było rozdziału, ale sami rozumiecie, są wakacje i nie mam tyle czasu co w roku szkolnym. Poza tym z moją weną ostatnio jest coraz gorzej, ale naprawdę się staram. Ten rozdział pisałam naprawdę długo i mam nadzieję, że wam się podoba. Enjoy xx.

2 komentarze: