*Louis*
Sobotni poranek. Zwykle aż tak
bardzo nie cieszy mnie sobota, ale ta miała być spędzona z Harrym. Jesteśmy
umówieni na 12:00 pod centrum. Wiem, że Hazz będzie jechał autobusem dlatego
zrobię mu niespodziankę i przyjadę po niego samochodem, który został mi
dostarczony w tym tygodniu jako prezent od…hmm, można powiedzieć, że od ojca,
który czasem chcę się podlizać, ale ja nie chcę go znać. Pewnie dowiedział się
od Jay gdzie aktualnie się znajduję i przysłał mi „prezent”. Na początku nie
chciałem go zatrzymać, no ale cóż, samochód piechotą nie chodzi. Chociaż mam
teraz czym jeździć.
*Harry*
Po śniadaniu i obejrzeniu jednego
z seriali, który włączyła sobie Gemma, ubrałem się z zamiarem wyjścia na
autobus. Ku mojemu zaskoczeniu pod moim domem stało auto, w którym znajdował
się Louis. Uśmiechnąłem się na jego widok i wsiadłem do pojazdu.
- Cześć LouLou – pocałowałem go w policzek.
- Cześć Curly, to jak jedziemy?
- No jasne. Mogę spytać skąd masz
samochód?
- Wolałbym o tym nie gadać.
- Czemu?
- Bo to dotyczy mojego ojca.
- Okey, rozumiem cię.
- Wiesz co? – spytał zapalając silnik.
- Tak Louie?
- Kiedyś musimy sobie zrobić
oczyszczającą rozmowę na temat naszych ojców.
- Dobrze – uśmiechnąłem się – nie wiem czy dam radę, ale mogę spróbować.
*Louis*
Posłałem mu ciepły uśmiech i
ruszyliśmy. Po drodze Harry chciał żebym opowiedział mu o swoich siostrach i
mamie, ponieważ nie wie co im kupić, przyznał mi się także do tego iż
największy problem ma ze mną, bo nie wie jak prezent odzwierciedlałby jego
uczucia do mnie.
Dojechaliśmy na miejsce, razem
znajdowaliśmy prezenty dla mojej kochanej rodzinki, ale gdy przyszedł czas na
wzajemne podarunki rozdzieliliśmy się. Po godzinie spotkaliśmy się na parkingu.
Hazz tak jak i ja nie miał nic w rękach.
- Nic nie masz? – spytałem z ciekawością.
- Mam – uśmiechnął się loczek – A ty?
- Ja też – odwzajemniłem uśmiech.
- Na pewno będziesz zadowolony,
zawsze o tym marzyłeś – powiedzieliśmy
równocześnie i po skończeniu tej wypowiedzi wybuchliśmy niekontrolowanym
śmiechem.
Skoczyliśmy jeszcze do kawiarni i
na mały zimowy spacerek. Idąc po parku z kubkami gorącej czekolady
rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym.
- Louie?
- Tak słoneczko?
- W wigilię będę miał do ciebie
prośbę…
- Takie jakby życzenie?
- Można tak powiedzieć.
- I teraz taki ciekawy mam czekać
jeszcze ponad tydzień?
- Tak. Sorry, że teraz przeze
mnie jesteś bardzo ciekawy, ale chciałem cię uprzedzić.
- Okey, rozumiem. Nic się nie
stało – podszedłem do loczka, objąłem go w pasie
przy okazji delikatnie muskając jego usta – wiesz, chciałbym ci teraz
powiedzieć coś czego jeszcze nigdy ci nie mówiłem.
- Co takiego?
- Kocham cię – cmoknąłem go w czubek nosa.
- Ja ciebie też kocham Louie.
Po spacerze odwiozłem Harrego. Czule się z nim pożegnałem i pomogłem wypakować prezenty, bo uparł się, że sam
musi je ładnie zapakować i udekorować.
- Dobra Hazzuś, przyjeżdżam po
ciebie w poniedziałek.
- I muszę czekać tak długo?
- Możesz przyjść do mnie na noc w
niedziele jeśli chcesz…
- Jeszcze pytasz? Oczywiście, że
przyjdę. Może być koło 20:00?
- Będę czekał. Pa pa kocie.
- Pa marcheweczko.
Inf. od autorki: Nowy rozdział na umilenie niedzielnego poranka ;) Sorry, że taki krótki, ale tak jakoś wyszło. Ps. Wiem, że trochę dziwnie czyta się o zimie w lato, no ale trzeba ćwiczyć wyobraźnie :D Enjoy!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz